„Biuro skradzionych wspomnień” to historia Ireny, Francuzki usiłującej dostarczyć listy wysłane przez dawno nieżyjących korespondentów – większość z nich zginęła w Holocauście. Fikcyjna historia jest wyrazem wizji historiograficznej autorki. Niestety, jest to wizja wypaczająca wiedzę czytelnika o II wojnie światowej.
Powieść francuskiej autorki, będąca opisem fikcyjnych poszukiwań pracowniczki prawdziwego archiwum Międzynarodowej Służby Poszukiwań, która bada losy ocalałych z Zagłady Żydów, okazała się hitem wydawniczym na francuskiej scenie literatury pięknej w roku 2023. Niedawno książka ta została przetłumaczona na język polski i czytelnicy niewładający językiem Moliera mogą się już przekonać, jakie teksty nad Sekwaną kształtują świadomość historyczną, dotycząca II wojny światowej i jej przebiegu na ziemiach polskich. Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie zamierzam oceniać samej fabuły powieści, a tym bardziej jej warstwy językowej. Jako niewładający językiem francuskim czytelnik muszę tu i tak zawierzyć tłumaczce. Chciałbym jednak wskazać sposób opisu historii, dokonany przez Gaëlle Nohant, zwłaszcza rażące niezgodności ze stanem badań, popełnione przez niedostateczną nieznajomość rzeczy lub świadomą kreację bliższej autorce wizji dziejów.
Od razu zaznaczę, że owa pierwsza opcja, ignorancja pisarki, nie wydaje się prawdopodobna. Jeśli nawet pewne uproszczenia czy drobne błędy mogły wyniknąć z niedoskonałości jej warsztatu, to jednak generalna znajomość historii, w tym materialnej i przywoływane w posłowiu powieści oraz udzielanych wywiadach źródła oraz inspiracje sugerują, że Nohant wie, o czym pisze.
Trzeba też zaznaczyć, że każdy tekst, który rzetelnie przedstawia grozę okupacyjnego życia, przypomina o zbrodniach popełnianych przez III Rzeszę czy przybliża bohaterstwo tych, którzy byli w stanie przeciwstawić się przemocy, nie jest pozbawiony wartości. Zwłaszcza jeśli taki tekst jest skierowany do czytelnika, który najprawdopodobniej posiada bardzo ograniczoną wiedzę o niemieckiej okupacji Europy Środkowej, jako że historyczne doświadczenia jego kraju są zdecydowanie inne. Ale z tych samych powodów owa tabula rasa świadomości historycznej Francuzów sprawia, że są oni bardziej podatni na manipulację i nie potrafią krytycznie ocenić, czy obraz im pokazany jest reprezentatywny, a nawet, czy prezentuje prawdziwe wydarzenia.
Szczególnie owo zniekształcenie historii dotyka autora niniejszego tekstu, warszawiaka i historyka dziejów stolicy, edukatora i wnuka powstańca warszawskiego. Czytając powieść, której znaczna cześć akcji dotyczy Warszawy, obawiałem się, że w umysłach francuskich (i nie tylko) czytelników owa książka zbudowała fałszywy obraz tragicznej historii miasta.
Powstanie Warszawskie jest wspominane sporadycznie. Owszem, zryw z roku 1944 nie jest negowany jako fakt historyczny. Bohaterowie powieści spotykają w obozach wzięte do niewoli uczestniczki Powstania. Ginie tam również mąż jednej z drugoplanowych bohaterek. Męczeństwo Warszawiaków zostaje również uwzględnione w jednym wspomnieniu („W pierwszych dniach powstania zamordowali w zachodnich dzielnicach Warszawy dziesiątki tysięcy cywilów. Pamiątkowe tabliczki umieszczone tu i tam przypominają o męczennikach.”), potem zaś wspomniane są straszne warunki bytowe w mieście, ale i tu Autorka nie uniknęła błędu lub przeinaczenia, utożsamiając tablice Tchorka tylko z Powstaniem, a nie ogółem niemieckiego terroru w Warszawie.
Patrząc jednak na całość powieści, Warszawa pani Nohant to miasto tylko jednego powstania, ale powstania w getcie z roku 1943. To do niego przede wszystkim odnosi się fabuła powieści. Nie uniknęła jednak wielu rażących błędów. „W zrujnowanym mieście bez trudu można było odtworzyć granice getta, które Niemcy zrównali z ziemią. Pośrodku pustyni z kamieni i cegieł wznosił się kościół Świętego Augustyna, który przetrwał bombardowania.”
Tak narratorka w pewnym momencie opisuje Warszawę w roku 1945. Nie dość, że dla każdego czytelnika mającego elementarną wiedzę o historii polskiej stolicy jest to zdanie fałszywe – choć starsze ruiny getta wyróżniały się, między innymi z powodu dłuższego wystawienia na procesy wietrzenia; wyraźna sugestia, że tylko teren getta został zniszczony zostanie w umysłach czytelnika pozbawionego wiedzy kontekstowej. Narratorka wspomina o kościele świętego Augustyna, symbolu zniszczeń warszawskich, nie wspominając ani słowem o kontekście, dlaczego ocalał, czy wręcz sugerując, że ocalała, gdyż była to chrześcijańska świątynia. Na próżno szukać wzmianek o tym, że uczęszczali do niej Żydzi wyznania katolickiego oraz że budynek przetrwał, ponieważ okupanci wykorzystywali go jako magazyn podczas rabunku getta.
Pamięć o Powstaniu Warszawskim, tak kluczowa dla polskiej tożsamości, zostaje zredukowana do pustego hasła, sztandaru i cynicznie wykorzystywanego politycznie. Tylko w jednym miejscu owa pamięć ma znaczenie we współczesności, ale tutaj narrację dominują nieskrywane polityczne inklinacje Gaëlle Nohant; uważa ona, że prawdziwymi spadkobiercami powstańców są… protestujący na ulicach Warszawy przeciwnicy wyroku Trybunału Konstytucyjnego z roku 2020.
Autorka pozwala jednej z postaci zgłosić sprzeciw wobec takiej teorii. W słowach trzecioplanowego bohatera: „Czy ty naprawdę uważasz, że aby bronić prawa do aborcji, musisz powoływać się na AK? (…) Co to ma w ogóle wspólnego?”; nie jest jednak prezentowany głos rozsądku, ale punkt widzenia przedstawiony przez wszechmogącą w swej opowieści narratorkę jako głęboko niesłuszny. Wedle „słusznej” strony w tej pozornej debacie opór wobec ludobójczego okupanta jest zrównany z protestami wobec wyroku Trybunału, gdyż „w obu wypadkach człowiek nie zgadza się z tym, żeby ktoś mu dyktował, jak ma żyć. Czy to naziści, czy komuniści, czy księża”. Tym samym, duchowieństwo, nota bene, jedna z najsrożej prześladowanych przez reżim narodowosocjalistyczny i komunistyczny grup, do której należały liczne ofiary obozów, zostaje zrównane z funkcjonariuszami zbrodniczych ustrojów. Dodajmy, że Autorka powieści wymienia w wywiadach jako inspirację także wspomnienia Wandy Półtawskiej, polskiej tytanki ruchu pro-life, choć owe wypowiedzi można tłumaczyć nieznajomością szerszego kontekstu powstania źródła przez Nohant lub celowym ominięciem tegoż. W opowieści o Auschwitz nie pojawia się polski męczennik obozu i katolicki święty Maksymilian Kolbe, a tym bardziej Witold Pilecki, symbol zorganizowanego oporu wobec zbrodni.
Wracając do Warszawy: nawet samo powstanie w getcie jest w wizji francuskiej pisarki mocno ocenzurowane. Jedyne postacie wspomniane w narracji to bojownicy ŻOB. Żydowski Związek Wojskowy nie dość, że nie istnieje, to jego rola zostaje fabularnie asymilowana przez Żydowską Organizację Bojową. Co gorsze, owo przemilczenie współpracującej z Polskim Państwem Podziemnym organizacji, będącej żywym dowodem asymilacji żydowskich Polaków i braterstwa broni dwóch narodów, następuje w wypowiedzi fikcyjnej historyczki Żydowskiego Instytutu Historycznego, wykorzystując autorytet instytucji do potwierdzenia mitu.
„Dowódca powstańców, Mordechaj Anielewicz, ma zaledwie dwadzieścia cztery lata. Mają trochę pistoletów i granatów dostarczonych przez Armię Krajową.” stwierdza fikcyjna pracownica prawdziwej instytucji. Takie i inne stwierdzenia in extenso powtarzającej wizję historii promowaną niegdyś przez władze komunistyczne padają często, a przez swoje doświadczenie historyczne (a dokładniej: brak kontaktu z okupacją komunistyczną) Francuzi są na nią wyjątkowo podatni.
Jeden z fikcyjnych bohaterów, ostaniec z warszawskiego getta, tak charakteryzuje wspomnienia z powstania w roku 1943: „Wszędzie były czołgi, żołnierze uzbrojeni po zęby. Najgorsze były grupy Polaków, które się zbierały i gapiły. Niektórzy cieszyli się, że Hitler uwolni ich od ‘żydków’. Inni drwili z Wehrmachtu, że wysyłają czołgi i armię uzbrojoną po zęby na garstkę zagłodzonych Żydów.”
Tym samym, zrównuje zorganizowane tłumienie powstania ze strony Niemców i ich kolaborantów do bycia świadkiem tej zbrodni. Wyrażenie „Najgorsze były grupy Polaków” brzmi szczególnie szokująco, ale warto zauważyć, że autorka lubuje się w negatywnych sądach wobec wielu innych nacji, choć trzeba przyznać, że ma tutaj uzasadniony powód, a jej bohaterowie stosują niewybredne epitety wobec niemieckich formacji kolaboracyjnych. Ostatecznie Polacy są rutynowo określani z podobnymi emocjami, co kolaboranci z Litwy, Łotwy, czy Ukrainy…
Takich przykładów można by jeszcze mnożyć, ale nie ma to głębszego sensu. W jednym z wywiadów Gaëlle Nohant stwierdziła, iż „Dla mnie nie chodzi o ocenianie kogokolwiek, ale o refleksję nad kluczowymi dylematami, które historia stawia przed każdym człowiekiem. W tej książce nie chciałam, aby niemieccy czy polscy czytelnicy mieli poczucie, że francuska powieściopisarka przyznaje punkty ‘dobre’ i ‘złe’. Francja nie ma ambicji kogokolwiek pouczać.” Jednocześnie przyznaje, że: „Moja rodzina nie znalazła się wśród ofiar tej wojny. Powiedziałabym, że była to grupa, którą historycy nazywają ‘widzami’.” Formułowane przez potomkinię „widzów” pouczenie kryje się w niemal każdym rozdziale „Biura skradzionych wspomnień”. Szkoda, że nie idzie ono w parze z rzetelnym i całościowym przedstawianiem nieznanej Francuzom historii.