Szósty rok wojennej zawieruchy przyniósł nam wprawdzie uwolnienie z nienawistnego jarzma niemieckiego i wprowadził wielkie zmiany w międzynarodowym położeniu Polski i w jej stanie wewnętrznym, ale wytworzone przez nie warunki życia obywatela polskiego dalekie są od tego obrazu, który mieli przed oczyma ginący żołnierze Polski Podziemnej. Wierni jej testamentowi podejmujemy polityczną walkę o jego urzeczywistnienie. Nie nasza jest wina, że podstawowe prawo wolnego obywatela w demokratycznym państwie – prawo zrzeszania się – musimy realizować w postaci tajnej – głosił manifest Wolności i Niezawisłości z października 1945 roku. Miesiąc wcześniej Cesarstwo Japonii podpisało kapitulację, co historycy utożsamiają z zakończeniem II Wojny Światowej. Dla wielu Polaków od lat walczących z okupantem, walka się jednak nie skończyła.
Od AK do WiNu
Ruch oporu uległ jednocześnie dużej dezintegracji. Po klęsce akcji „Burza”, podziemie musiało przejść do głębokiej konspiracji. 19 stycznia 1945 r. Leopold Okulicki rozwiązał Armię Krajową, a sam rozpoczął budowę struktur organizacji NIE. Nie godzono się z akceptacja komunistycznego reżimu narzuconego sowieckimi bagnetami. Do walki motywowała również obawa przed represjami, której doświadczyło wielu członków konspiracji, którzy zdecydowali się ujawnić. Pozostawało jednak pytanie, jak się bronić? Wielu zostało w lasach tocząc nierówny bój. Na tym tle wyróżniał się WiN, który przyjął odmienny sposób działania. Już pełna nazwa organizacji dużo mówi o koncepcji jaką przyjęli działacze: Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. O tym, że nie miała być to stricte militarna organizacja świadczy to, że nie przyjęła formalnie hierarchii wojskowej. Z tego powodu pierwszy lider, Jan Rzepecki był tytułowany prezesem, a nie pułkownikiem. WiN dążył do ograniczenia działań zbrojnych, ale nie znaczy to, że nie było ich wcale. Pod strukturami organizacji nadal działały grupy partyzantów, które z bronią w ręku walczyły z polskimi komunistami i Sowietami. Dla przykładu, w maju 1946 r. oddział pod dowództwem Romana Szczura dokonał udanej akcji odbicia więźniów z więzienia w Zamościu. W ramach odwetu, ale również żeby uchronić życie konspiratorów, dokonywano akcji likwidacyjnych na konfidentach UB.
WiN dążył jednak przede wszystkim do walki informacyjnej. Poprzez swoje manifesty i ulotki rozprawiano się z komunistyczną propagandą i jej machinacjami. Ujawniano skalę kłamstw. Po sfałszowanym referendum z 1946 roku, WiN ogłaszał w jednej ze swych ulotek: Polacy! Choć wszystkie piśmidła przepełnione są glorią zwycięstwa, choć kłamstwo doszło do ostatecznych granic możliwości, my się otumanić nie damy przez zblokowaną „demokrację” spod znaku zaprzedajnej znienawidzonej P.P.R.. Każdy prawy Polak wie już gdzie zostały protokoły sfałszowane i przez kogo, nawet którą ręką podrabiano podpisy.
WiN przy pomocy poselstwa belgijskiego przemycił na zachód memorandum dla niedawno powstałej wówczas Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dzięki temu w 1946 r. dokonano odczytu na forum międzynarodowym, gdzie winowcy demaskowali zbrodnie komunistyczne w Polsce. Udowadniano, że wbrew porozumieniom międzynarodowym, w Polsce walczy się z opozycją i zastrasza miejscową ludność, narzucając nowy reżim. Podkreślano przy tym wpływ Sowietów, demonstrując w jaki sposób zaprowadzane są w kraju nowe porządki: Główny dział pracy NKWD to akcja wywiadowcza. Interesują się przede wszystkim ruchem podziemnym i stronnictwami opozycyjnymi. W ostatnim czasie na terenie Gdańska, województwa rzeszowskiego i wrocławskiego brali oficjalnie udział w obławach i pacyfikacjach. Na teren Gdańska przybyła grupa NKWD z Wilna w celu rozpoznania repatriantów pochodzących z województwa wileńskiego. W związku z tym wśród wilnian rozpoczęły się aresztowania na dużą skalę.
Reżim się nie cofa
Komuniści bardzo szybko i ostro zareagowali na działania podważające legitymizację ich władzy. Już w listopadzie 1945 r., po zaledwie dwóch miesiącach sprawowania urzędu, został zaaresztowany Jan Rzepecki. Ufając w gwarancje UB, ujawnił istnienie organizacji i zapowiedział jej likwidację, co doprowadziło do ujęcia wielu jej członków. Mimo to organizacja nadal działała. Rok później liczyła w swym największym rozmiarze liczyła 30 tysięcy członków, co czyniło z niej największą organizację antykomunistyczną w Polsce. Podziemie osłabiały ogłaszane przez komunistów amnestie. Wielu z członków podziemia było jeszcze w konspiracji od 1939 roku, a obietnica pewnej normalizacji życia była kuszącą obietnicą dla wielu z nich. W praktyce amnestia bardzo często okazywała się pułapką, a ujawniających spotykały brutalne represje. Niemniej jednak, z powodu po amnestii z czerwca 1947 r. ujawniło się 22,000 winowców.
Jednocześnie w styczniu 1947 roku kolejnym prezesem Zarządu WiN został Łukasz Ciepliński. Był to już czwarty Zarząd, ponieważ trzy pozostałe zostały rozbite przez komunistów. Ciepliński był już wówczas bardzo zasłużoną postacią. Przed wojną zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Brał udział w wojnie obronnej i uczestniczył w bitwie nad Bzurą. W czasie okupacji działał w konspiracji. W 1941 r. był dowódca inspektoratu rzeszowskiego, a od 1945 roku współpracował z NIE, a później wstąpił do WiNu. To on był jednym z głównych autorów wysłanego na zachód memorandum do ONZ. Ciepliński przewodził organizacji niecały rok. W tym czasie reżim komunistyczny umacniał się coraz bardziej, ponieważ w styczniu 1947 r. sfałszowano wybory parlamentarne. W październiku tego roku, Stanisław Mikołajczyk, obawiając się o swoje życie uciekł z kraju, co przypieczętowało kres legalnej opozycji. Ciepliński dążył do nawiązania kontaktów z Zachodem. W obliczu braku perspektyw na wybuch kolejnej wojny i szans na szybkie odwrócenie sytuacji w Polsce, pod sam koniec prezesury rozważał znaczące ograniczenie struktur i przejście do głębokiej konspiracji.
Zaaresztowano go 27 listopada 1947 roku. W areszcie poddano go brutalnym torturom, a następnie w pokazowym procesie skazano na śmierć. Więziony był w okrytym złą sławą więzieniu na ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie. Było to ponure miejsce, w którym swe ostatnie dni spędzało wielu innych Niezłomnych takich jak Witold Pilecki, czy Zygmunt Szendzielarz ps. Łupaszko, ale trafiali tam również ludzie niezwiązani z podziemiem jak np. as myślistwa Stanisław Skalski, którego oskarżono o współpracę z zachodnim wywiadem.
Ciepliński w celi napisał wiele grypsów. Siedzę na celi śmierci z 40 – jak ja – skazanymi. Co pewien czas zabierają kogoś. Nadchodzi mój termin. Jestem zupełnie spokojny. Gdy mnie będą zabierać, to ostatnie moje słowa do kolegów będą: cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Ojczyznę i jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość – pisał Ciepliński. Często powtarzał się, ponieważ nigdy nie był pewien, czy wiadomość dotrze do adresata. W swych listach bił się z własnymi myślami, analizował wielokrotnie swoje życie i postępowanie. Podkreślał swoje oddanie sprawie, przywiązanie do rodziny. Martwił się, że przez swoją działalność zbyt mało czasu poświęcił synowi. Bolało go, że propaganda komunistyczna podczas procesu uczyniła z niego bandytę. Jak pisał do żony: Kocham Ciebie, uwielbiam i czczę. Wiem, że myślą, sercem i modlitwą jesteś stale przy mnie. Odczuwam to. Widzę wówczas Twoją zbolałą buzię – na procesie. Ty znasz mnie najlepiej, dlatego musiałaś boleć słysząc te kłamliwe, prowokacyjne i krzywdzące mnie zarzuty.
Po aresztowaniu głowy WiNu, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w ramach operacji „Cezary” dokonało prowokacji, tworząc fikcyjny V Zarząd, który rozpoczął przejmowanie kontrolę nad strukturami WiN. Nieświadomi winowcy sami wpadali w ręce ubeków. Podszywając się pod ruch oporu, Ubecy nawiązali również łączność z Zachodem, kompromitując amerykańskie i brytyjskie wywiady, które dążyły do skontaktowania się z opozycją antykomunistyczną w Polsce.
1 marca 1951 roku
Był późny wieczór kiedy z celi wyprowadzono siedmiu ludzi. Tego dnia na Rakowieckiej komuniści dokonali egzekucji na siedmiu członków IV Zarządu Głównego WiNu. Egzekucje rozpoczęto o 20:00, a zakończono o 20:45 i najpewniej dokonywano jej strzałem w tył głowy. Ciepliński został zamordowany jako pierwszy. Śmierć ponieśli wtedy również Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Franciszek Błażej, Józef Rzepka, Karol Chmiel i Józef Batory. Ponure przedstawienie obserwował z więziennego okna Mieczysław Chojnacki, akowiec, który również siedział wówczas na Rakowieckiej. Mimo wyroku śmierci udało mu się przeżyć, dzięki czemu zdołał przekazać światu straszliwą relację o ostatnich chwilach Zarządu WiNu. Usiłował rozpoznać z oddali kolejnych prowadzonych na rozstrzelanie. Wśród nich dostrzegł (…) Karola Chmiela także łatwo było poznać po niskiej atletycznej postaci, łysinie i długiej jak na niego, jaśniejszej bluzie. W tym wypadku zaznaczam z naciskiem, że gdy Chmiela prowadzono na śmierć, w chwili gdy eskorta z nim miała skręcić za magazyn mundurowy, wyrwał się z rąk dwóch strażników, upadł na ziemię, wołając głośno rozdzierającym głosem: „Mordują…, mordują”. W jednej chwili dopadli go, a trzeci z eskorty, idący zwykle za skazanym, zarzucił mu na głowę płachtę, tłumiąc głos, po czym powlekli szarpiącego się, znikając za narożnikiem magazynu. Ta gwałtowna scena, rozegrana wobec nas niemych i bezradnych obserwatorów, zrobiła wstrząsające wrażenie. Jak mógł krzyknąć, przecież podobno usta zalepiano jakąś taśmą, co dawało się spostrzec. Widocznie oprawcy czynili swoją powinność niezbyt starannie, co umożliwiło Chmielowi na głośny protest przeciw dokonywanemu zbrodniczemu bezprawiu.
Chociaż nie był to jeszcze koniec antykomunistycznego podziemia, to krwawa rozprawa z WiNem stała się jednym z symboli unicestwienia ruchu oporu. Nic więc dziwnego, że właśnie 1 marca obchodzimy święto Niezłomnych, czcząc ich pamięć i poświęcenie.
Opracował: Michał Rastaszański (Centralny Przystanek Historia)