Archiwum wydarzeń
Nie tylko 303. Wkład polskich lotników w zwycięstwo nad III Rzeszą

O tym, że historia bombowców może być z powodzeniem popularyzowana, przekonałem się na własną rękę kilka lat temu. Jako pracownik Centralnego Przystanku Historia, centrum edukacyjnego Instytutu Pamięci Narodowej miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w produkcji filmu z serii „Co by było gdyby zwierzęta mówiły” pod tytułem „Pies Ciapek”. Historia zwierzęcej maskotki 305 Dywizjonu Bombowego była głosem Instytutu Pamięci Narodowej przypominającym rolę lotnictwa bombowego w wysiłku zbrojnym aliantów. W dodatku ta historia została opowiedziana z perspektywy niezwykle uroczego lotnika, czyli psa Ciapka. 

O pilotach z dywizjonu 303 słyszał chyba każdy Polak. Niezwykłe osiągniecie jakim było zestrzelenie 126 niemieckich samolotów (powojenne badania historyczne potwierdziły 58 pewnych zestrzeleń, co i tak czyniło tę jednostkę najskuteczniejszą podczas Bitwy o Anglię), spostrzeżone i docenione przez brytyjską opinię publiczną, stało się początkiem trwającej do dzisiaj legendy. Ale już działalność bratniego 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego” jest niemal nieznana, mimo że tworzyli go równie utalentowani lotnicy.

Wydany po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w roku 1942 i wznawiany kilkanaście razy, fabularyzowany reportaż Arkadego Fiedlera o tej jednostce od lat znajduje się na liście lektur szkolnych. Mimo ponad ośmiu dekad stanowi ulubioną lekturę ze szkoły podstawowej wśród wielu uczniów (a swego czasu również autora niniejszego tekstu). Ale bohaterstwo kilkunastu pilotów tej jednostki to tylko jeden z wielu przejawów polskiego wysiłku wojennego. Nawet działalność bratniego 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego” jest niemal nieznana, mimo że tworzyli go równie utalentowani lotnicy.

Podniebna chwała – nie dla każdego

Przypatrzmy się choćby temu fenomenowi: względnemu zapomnieniu historii 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego”. Tym samym zdajmy sobie sprawę, jak zależna jest zbiorowa pamięć od jej kulturowych nośników. Choćby nomenklatura lotnicza, inna w lotnictwie Rzeczpospolitej, inna w RAF, uległa w naszej pamięci pewnemu zaburzeniu. Dywizjony 303 i 302 to technicznie rzecz biorąc eskadry, gdyż anglojęzyczny termin „squadron” to nasz „szwadron” lub właśnie eskadra. Ponieważ jednak podczas Kampanii Wrześniowej polscy piloci operowali głownie w mniejszych eskadrach, a na określenie większej jednostki Arkady Fiedler (wytrwany reportażysta i pisarz, ale nie lotnik!) użył określenie „dywizjon”, ten termin na dobre zagościł w polskiej literaturze nawet historycznej literaturze przedmiotu.

Legendę 303 stworzyła po pierwsze skuteczność, po drugie szczególna reprezentacja w kulturze. Ten drugi czynnik zależał od talentu autora książki; ten pierwszy od wymogów pola bitwy. Pamiętajmy, że w najgorętszym okresie Bitwy o Anglię, od 13 lipca do 29 września 1940 roku Dywizjon 302 operował z lotnisk w Leconfield i Duxford, na północ od Londynu, a więc poza najczęściej używanymi trasami wypraw bombowych. Czy lotnicy „poznańscy” byli gorzej wyszkoleni lub mniej utalentowaniu niż ich „warszawscy” koledzy? Absolutnie nie. W porównaniu z lotnikami brytyjskimi, Polacy byli o klasę lepiej wyszkoleni (zasługa systemu szkolenia w II RP), posiadali więcej doświadczenia bojowego (walki w Polsce i we Francji), byli też niezwykle zdeterminowani. Z drugiej strony dowództwo RAF z początku nie ceniło Polaków. Oficerowie brytyjscy patrzyli na sojuszników przez pryzmat klęski wrześniowej, a także nie ufali obcemu wyszkoleniu i systemowi walki. Polacy byli niezwykle dobrze wytrenowani, ale warto pamiętać, że w Polsce szykowano ich do walki na starszych, wolniejszych i słabiej uzbrojonych maszynach. Poza tym polskie myśliwce okresu przedwojennego w większości nie posiadały radiostacji, radio dowódcy eskadry lub klucza było uzupełniane przez skomplikowany system manewrów zapewniających komunikację. Z tego też powodu brytyjscy oficerowie byli przekonani, że Polacy nie będą w stanie podjąć równorzędnej walki z wrogiem wyposażonym w nowoczesny sprzęt i szkolonym wedle nowoczesnym wymogów pola walki. Dlatego też niezwykła skuteczność Dywizjonu 303 (a pamiętajmy że jego wejście do walki było wynikiem przypadku połączonego z epizodem niesubordynacji jednego z pilotów) okazało się przyjemną niespodzianką dla zdesperowanych Brytyjczyków. W ten sposób kolejny raz to los bądź przeznaczenie pozwoliło pilotom z Dywizjonu 303 osiągnąć podniebną chwałę. Tymczasem równie utalentowani piloci z Dywizjonu 302 musieli dłużej czekać na swoje zwycięstwa podniebne, pełniąc przy tym być może mniej efektowną, ale równie istotną rolę straży brytyjskiej stolicy od strony północnego wschodu.

O tym co widać, i czego nie widać

Nawet we wspomnianej książce Arkadego Fiedlera, autor zwraca uwagę na fenomen nierównomiernego rozłożenia chwały na biorących udział w wysiłku wojennym. Pisząc o obsłudze naziemnej, a zwłaszcza o mechanikach z 303 dywizjonu, zauważył, że ich ciężka służba pozostaje niemal niezauważona, w porównaniu z uznaniem, którym obdarza się myśliwskich asów. Fieldler stwierdził wprost, że:

(…) nie dla nich, mechaników, były krzyże. Chyba że w karygodnym zaniedbaniu inni popełnili błędy i dopuścili wroga do lotniska. Chyba wtedy, gdy nad lotniskiem przypadkowo pojawił się nieprzyjacielski bombowiec i zrzucił bomby na mechaników. Wtedy — tak, zadość stało się warunkom. Wtedy, za nie stracenie głowy w kilkusekundowym chaosie, tak: odznaczenia. Natomiast za nieustanne poświęcenie i znój, za sprawność morderczej broni, za istotny udział w decydujących zwycięstwach — nic.

I choć sami mechanicy z najsłynniejszej polskiej jednostki powietrznej ostatecznie zostali upamiętnieni w książce, ten opis pasuje do setek, tysięcy mężczyzn i kobiet z personelu lotniczego, a także zaangażowanych w zwycięstwo na innych frontach i w innych sposobach walki o wolność.

Także polscy bombowcy są relatywnie nieobecni w naszych wojennych wspomnieniach. Czy wiąże się to z dalekimi echami etosu rycerskiego, który każe w myśliwcach szukać następców honorowych wojowników z przeszłości, a w załogach bombowych jedynie oddziałów walczących pieszo tarczowników, nie sposób ocenić. Na pewno walka na pokładzie bombowców nie była otaczana aż takim szacunkiem jak starcia myśliwskie. Przekonanie, że bombardowanie strategicznych celów może prowadzić do śmierci cywilów, a nawet robotników przymusowych z okupowanych krajów, utrudniało zrozumienie, jak kluczowe było osłabianie przemysłowego potencjału III Rzeszy i jej terytoriów. Poza tym bombowcy z racji rodzajów wykonywanych misji, nie odnosili wielu zwycięstw powietrznych. O ile względnie łatwo było pokonać wroga w starciu myśliwskim, jeden na jeden, to obrona bombowców, zwłaszcza tych operujących nocą (a pamiętajmy że RAF operował głównie w warunkach nocnych) była naprawdę incydentalna. Przecież zadaniem strzelca pokładowego bombowca nie jest zestrzelenie wrażego myśliwca, a po prostu zapewnienie bezpieczeństwa załodze, zniechęcenie wroga do ataku. Bez asów wysiłek polskich bombowców często umyka gdzieś na krawędzi naszej pamięci.

Bitwa o Atlantyk, nocne naloty i wojna systemowa

Nie można powiedzieć, że załogi polskich samolotów bombowo-zwiadowczych nie doczekały się żadnej reprezentacji w kulturze. Janusz Meisner, polski pilot, dziennikarz i poczytny pisarz, napisał dwie autobiograficznej powieści o swojej służbie na bombowcach Vickers Wellington. Meissler pisał zarówno o misjach zwiadowczych nad Atlantykiem (elemencie prowadzenia wojny który zwłaszcza w latach 1940-42, który miał niebagatelny wpływ na osłabienie i rozproszenie potencjału III Rzeszy) jak i o nalotach nocnych na ośrodki przemysłowe w okupowanej Europie. Fabularyzowane wspomnienia Meissnera przedstawiają perspektywę całych załóg. Nie tylko pilotów i nawigatorów, na których najczęściej spływała chwała za udane misje, ale także chociażby strzelców pokładowych. Sam Meissner przez długi czas służył jako tylny strzelec Wellingtona, pełniąc być może najmniej chwalebną, ale przecież niezwykle istotną w misjach bombowych funkcje.

Zaangażowanie bojowe, pomimo względnie mniejszego rozpoznania w pamięci zbiorowej, jest jednak w naszej historii obecne. Wydaje się, że wciąż nie potrafimy dostatecznie uhonorować wszystkich, którzy brali udział w wojennym wysiłku w powietrzu. Wielu Polaków pracujących w lotnictwie nie walczyło bezpośrednio z niemieckimi myśliwcami ani obroną przeciwlotniczą, ale to właśnie ich ciężka praca sprawiała, że prowadzenie wojny było w ogóle możliwe.  Tę lukę wypełnia przygotowana dla Instytutu Pamięci Narodowej gra „Lotnicy. Wojna w przestworzach” ma ambicje oddać głos nie tylko bohaterom, ale również bohaterkom.

Jedną z postaci w którą wcielamy się w owej grze jest Jadwiga Piłsudska, córka Aleksandry i Józefa, jedna z najbardziej znanych kobiet w lotniczym światku II RP, a później pilotka i oficer lotnictwa w czasie działań wojennych. Ona jak i wiele innych pań zasiliło Air Transport Auxiliary, które zapewniały płynny transport bombowców, transportowców i myśliwców na obszarze całego wielkiego zaplecza frontu. Być może pilotki ATA nie uczestniczyły w działaniach bojowych, tradycyjnie wciąż uważanych za domenę męską, ale musiały wykazać się na równi z mężczyznami umiejętnościami pilotażu, a także niezwykłą wytrzymałością podczas długodystansowych lotów, aby dostarczyć potrzebny sprzęt do potrzebujących go jednostek. Możliwe, że historia wysiłku pilotów i pilotek ATA nie jest aż tak pasjonująca jak przygody asów lotniczych choćby z Dywizjonu 303, ale z punktu widzenia nowoczesnej wojny systemowej stanowi element równie niezbędny dla ostatecznego zwycięstwa.

Dlatego też twórcy gry „Lotnicy” celowo ominęli te najbardziej spektakularne elementy walki nad niebem Europy, aby skupić się na owych bohaterach drugiego planu. Oczywiście nie jest to koniec katalogu ludzi zasłużonych dla alianckiego zwycięstwa w powietrzu. Moglibyśmy chociażby przypomnieć niezwykłą rolę pilotów transportów zrzucających Cichociemnych do kraju, ale stanowi to temat na zupełnie inną opowieść, do której mam nadzieję niebawem wrócimy…

Opracowali: dr Adam Podlewski, Michał Rastaszański (Centralny Przystanek Historia)

O grze „Lotnicy” przeczytacie tutaj.

Zachęcamy również do zapoznania się z filmem animowanym „Co by było, gdyby zwierzęta mówiły? Pies Ciapek”