Karta członkowska Polskiego Czerwonego Krzyża, legitymacja, odznaczenia, papierośnica, list, pocztówka, medalik z łańcuszkiem – tylko to odnaleziono w 1943 roku po moim stryjecznym prapradziadku, Wojciechu Witkowiaku. Został zastrzelony przez NKWD w lesie katyńskim w 1940 roku. Niestety, te przedmioty zaginęły gdzieś po drodze, więc nawet ten skrawek pamięci nie zachował się.
W naszej rodzinie wspomnienia o kapitanie Witkowiaku zawsze były bardzo żywe. Często opowiadały o nim moja prababcia i babcia przy wspólnych spotkaniach. Urodził się w 1893 r. w Lipówce i pochodził z wielkopolskiej rodziny chłopskiej, która była przykładem tego, jak wielkie zmiany zaszły na ziemiach polskich na początku XX wieku. Odrodzona Rzeczpospolita dała mu realną szansę na wejście do elit w odzyskanej ojczyźnie. Nie był zresztą jedynym wśród swojego rodzeństwa, który wykorzystał te szansę. Pośród jedenaściorga dzieci, również jego bracia doświadczyli znacznego awansu społecznego. Jego brat Józef ukończył w 1924 r. Szkołę Oficerską w Bydgoszczy, a następnie służył m.in. w Korpusie Ochrony Pogranicza. Podobnie jak Wojciech, dosłużył się stopnia kapitana. Z kolei brat Antoni poszedł zupełnie inną drogą. Wybrał ścieżkę duchowną, otrzymując w 1937 r. święcenia kapłańskie, a po II wojnie światowej rozpoczął karierę akademicką, zwieńczoną w 1975 r. habilitacją. Był autorem Propedeutyki teologii katolickiej.
Wojciecha spotkał los podobny do wielu podobnych sobie Wielkopolan. W 1914 r., tuż po rozpoczęciu pierwszej wojny światowej jako młody człowiek został wcielony do armii niemieckiej i walczył na froncie zachodnim. W 1917 r. został ranny, po czym zwolniono go ze służby. Poza nim na froncie walczyli również inni członkowie jego rodziny. Z tego okresu w moim zasobie starych fotografii znajduje się jedna, na której znajdują się Wojciech i jego brat Józef. Wojciech ze względu na odniesioną ranę był już wówczas poza służbą wojskową. Na zdjęciu prezentuje się w eleganckim płaszczu i kapeluszu, stoi z bratem Józefem ubranym w mundur, zapewne przed wyruszeniem tego drugiego na front. Szczęśliwie obaj wówczas wrócili z wojny, ale śmierć poniosło wówczas dwóch innych członków rodziny. Wśród nich był pierwszy mąż mojej praprababci Michaliny, szwagier Wojciecha, który zginął w bitwie pod Verdun. Po powrocie do domu Wojciech Witkowiak w 1918 r. zaangażował się w działanie Polskiej Organizacji Wojskowej i przygotowanie powstania wielkopolskiego. Zapewne z powodu odniesionej rany nie mógł jeszcze walczyć. Uczynił to jednak niedługo później. W 1919 r. wstąpił do Wojska Polskiego i jako podporucznik wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po wojnie został przydzielony do 14 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty jako oficer intendentury w 7 batalionie sanitarnym. Oddział, w którym służył, wziął udział po stronie rządowej w walkach podczas przewrotu majowego. Zapewne z tego powodu został później przeniesiony do 3 Pułku Lotniczego. Podobnie jak w 14 dywizji, również tam pełnił przez wiele lat funkcję oficera intendentury, a od 31 maja 1936 r. był oficerem administracyjno-materiałowym. W aktach Centralnego Archiwum Wojskowego zachowała się pochlebna opinia o jego służbie. Dowódca pułku płk Edward Karaś we wniosku o odznaczenie srebrnym Krzyżem Zasługi napisał o Witkowiaku: Wzorowy gospodarz i organizator. Jako oficer adm. mat. Pociągnięty był do prac nad opracowaniem nowych przepisów O. G. Dzięki intensywnej pracy postawił powierzone mu działy gospodarki pułkowej na wysokim poziomie, co zostało niejednokrotnie stwierdzone przy okazji kontroli władz przełożonych. Pracuje społecznie na terenie ZW. Inwalidów Wojennych R. P. Zasługuje w zupełności na odznaczenie K. Z. Srebrnym. Wniosek poparł wówczas dowódca 3 Grupy Lotniczej pułkownik Władysław Kalkus (w czasie II wojny światowej dowódca polskiego lotnictwa we Francji i Wielkiej Brytanii).
W marcu 1939 r. Witkowiak otrzymał awans na kapitana. Niedługo później w związku z mobilizacją rozformowano pułki lotnicze i przydzielono eskadry do armii. 3. Baza Lotnicza, w której teraz służył została zbombardowana i poważnie uszkodzona już pierwszgo września. Wobec ewakuacji, rozpoczęto organizację nowych lotnisk na przedmościu rumuńskim. Został tam wysłany również Witkowiak. To właśnie tam pod Trembowlą został wzięty do niewoli przez Sowietów. Został umieszczony w obozie jenieckim w Kozielsku, a w kwietniu 1940 r. zamordowany razem z tysiącami oficerów przez NKWD. Zostawił po sobie żonę Halinę i osiemnastoletniego syna Jerzego. Jak na ironię jego brat Józef, który w przeciwieństwie do Wojciecha, służył przez większą część międzywojnia strzegąc polskiej granicy na wschodzie w Korpusie Ochrony Pogranicza i był nieustannie narażony na śmierć ze strony sowieckich dywersantów, wojnę przeżył, gdyż na krótko przed wybuchem konfliktu przeniesiono go do 14 Dywizji Piechoty. Po bitwie nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej i przesiedział całą wojnę w Oflagu. Ksiądz Antoni został natomiast uwięziony w forcie VII w Poznaniu, a następnie wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau, z którego uwolnili go Amerykanie. Wojna nie oszczędziła zmartwień i cierpień nikomu, lecz to Wojciech był jedynym ze służących w wojsku Witkowiaków, który poniósł śmierć podczas II wojny światowej. Z tego powodu to właśnie totalitarna zbrodnia sowiecka w Katyniu stała się w przekazach jego bliskich głównym symbolem tragedii, który dotknął tę rodzinę. Jego symboliczny grób znajduje się w Dolsku. W 2024 r. w Błażejewie gm. Dolsk odsłonięto pomnik poświęcony ośmiu oficerom z tego obszaru, w tym również Wojciechowi Witkowiakowi. Pamięć o nim i jemu podobnych nie milknie, przemawia przez miejsca pamięci, pusty grób i wspomnienia rodzinne, ucząc kolejne pokolenia o sile patriotyzmu i skali zbrodni sowieckiego reżimu.
Autor artykułu Michał Rastaszański (edukator CPH).